Satrapie,
byłam ostatnio na najnowszym filmie braci Cohen: Burn after reading. W polskich realiach kinematograficznych film nosi tytuł: Tajne przez poufne.
Wniosków mam kilka, chętnie opowiem, ale uprzedzam, ze żaden nie jest wart nawet funta kłaków, co koresponduje z klimatem, jaki udało się braciom Cohen zmajstrować na dużym ekranie. Zrobili komedię jak dla mnie niezwykłą, bo po raz pierwszy w życiu śmiałam się właściwie dopiero po jej zakończeniu. Przeleciały napisy końcowe, muzyczka wybrzmiała, a ja wraz z osobą towarzyszącą - własną mamą - nie mogłam ruszyć tyłka z fotela i przestać zaśmiewać się do łez. Później wynalazłam w internecie kilka recenzji i ubawiłam się jeszcze bardziej. Oto panuje oburzenie, że miała to być komedia, a jakby wcale jej nie było. Albo narzeka się, że to dzieło wprawdzie komediowe, ale niskiego lotu, głupkowate i przerysowane. Nie zgadzam się z żadną z tych opinii.
W trakcie seansu, na którym byłam, faktycznie śmiano się mało, i tę ciszę pełną napięcia zapamiętałam najbardziej. Wcale mnie to nie zdziwiło! Mamy oto "czarną komedię o idiotach", jak sami autorzy zapowiadali. Jednak, co zabawne, nie dopatrzylam się w filmie żadnej przesady i prostackich tricków. Co więcej, mam przeczucie, że Cohenowie to wnikliwi i szczerzy obserwatorzy ludzkiej gawiedzi. Ani Osbourne Cox (John Malkovich), chlejący i bardzo sfrustrowany agent CIA, ze swoją awersją do idiotów, ani romansujący na lewo i prawo, pełen lęków i obsesji Harry Pfarrer (George Clooney) ani tym bardziej wytrwale dążąca do realizacji swoich marzeń o pięknym ciele Linda Litzke (rewelacyjna Frances McDormand!) nie są tak naprawdę aż tak komediowi (czytaj: głupi), jakby można było się tego spodziewać. Przeciwnie, są przerażająco ludzcy, zwyczajni, czasem nawet bardzo realistyczni - zdają się jedynie wrzuceni w komediowy sztafaż. Tylko Brad Pitt w roli trenera z klubu fitness, Chada Feldheimera jest naprawdę burleskowy. No i szybko ginie... Listek figowy, żeby zachować etykietkę "czarnej komedii"?
Cohenowie zażartowali chyba podwójnie: poprzez fabułę, ale też traktując formułę komedii bardzo niekonwencjonalnie. Stąd pewnie krytyczne recenzje tych, co spodziewali się dzieła odpowiadającego etykietce. Tymczasem moi ukochani Braciszkowie pokazali ludzką głupotę i tak misternie poprowadzili akcję i spletli wątki, że śmiejąc się z jej niby oczywistych przejawów, śmiejemy się jednocześnie z rzeczy wcale nieśmiesznych. Z marzeń bohaterów, lęków, prób brania spraw we własne ręce, tęsknoty za lepszym życiem, za drugą osobą. Jak zwykle udało się Cohenom tak nas wmanewrować.
Zderzenie mentalności pracowników klubu fitness z mentalnością agentów - sedno kapitalnego pomysłu na ten film - ma dla mnie w sumie drugorzędne znaczenie. Zabawniejsze jest to, że nic nie okazuje się oczywiste. Ani Linda Litzke nie jest tak nieporadna, jak mogłoby się wydawać. Ani prowadzący ze sobą kapitalne rozmowy szef i jego podwładny z CIA nie pasują do stereotypu tajnych agentów - bo nie dają rady ogarnąć sytuacji. Ostatecznie bardziej pomoże głównym bohaterom nie tyle osławiona w wielu filmach (siła stereotypu!) wszechmoc tajnych agencji, lecz fatalizm i zmęczenie jej pracowników. Ani to klasyczna a comedy noir, ani prawdziwi idioci. Sytuacje, w które wplątują się bohaterowie oraz zderzenie ich charakterów daje natomiast efekt tak wybuchowy, bo przerastający granice tak zwanego zdrowego rozsądku. I to jest przezabawne. Dam sobie głowę uciąć, że sens filmu Cohenów zawiera się w tym właśnie: zdrowy rozsądek i umiar to towar najbardziej w dzisiejszym swiecie deficytowy
Polecam Ci wyprawę do kina i pozdrawiam.
Iricabia
3 listopada 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz