Trudno nie szczerzyć się do regału z książkami, kiedy człowiek znajduje w księgarni takie cacko. Cieniutkie to, w fioletowych okładeczkach, a łamie tabu z siłą pocisku. I to jakie! Snobistyczne, inteligenckie. Świętości tej na imię: czytanie książek.
Autor cudeńka, Pierre Bayard, profesor literaturoznawca z Paryża pisze, że czytelnicze tabu wspiera się na trzech silnych postumentach. Pierwszy: żyjemy w społeczeństwie, w którym wciąż jeszcze czytanie jest uświęcone, przynajmniej kanon lektur trzeba znać! Drugi: przyznanie się do czytania wyrywkowego lub zbyt szybkiego (a tym bardziej do nie-czytania) jest źle widziane. Trzeci: koniecznie trzeba przeczytać książkę, aby w miarę precyzyjnie o niej się wypowiadać.
Tymczasem między książką przeczytaną uważnie, a książką, której nigdy nie mieliśmy w ręku, a nawet o niej nigdy nie słyszeliśmy - zauważa przytomnie francuski profesor - istnieją książki przeczytane w stanach pośrednich. Książka przekartkowana (KP), znana tylko ze słyszenia (KS) albo której treść zapomnieliśmy (KZ). I rewolucjonista paryski nawołuje: powszechne zakłamanie narosłe wokół czytania równać się może śmiało z zakłamaniem związanym ze sprawami pieniędzy lub seksu. Pora z tym skończyć! Co gorsza, zbyt lekkomyślnie ignorujemy "poważne zagrożenie, jakie przeczytanie książki niesie dla osoby, która chce wypowiedzieć się na jej temat lub o niej napisać".
W swoim eseju Bayard radzi, jak wybrnąć z koszmarnej sytuacji, gdy przed salą pełną ludzi trzeba się wypowiedzieć o książce, której się nigdy nie czytało (KN). Albo jak wydać na temat takiej książki rozsądną opinię przed nauczycielem, nawet jeśli wzbudzi ona sprzeciw słuchającego nas specjalisty. Pisze co zrobić, gdy człowiek stanie twarzą w twarz z osobą najbardziej kompetentną, czyli autorem książki. I jak w takiej niewartej pozazdroszczenia sytuacji ze swadą rozprawiać o dajmy na to powieści ledwie przekartkowanej czy nawet absolutnie nam nieznanej. I uwaga! Jak rozmawiać z osobą, której uczucia chcemy zdobyć, o jej ulubionych książkach, gdy żadnej z nich poznać nie mamy zamiaru?
W każdym z tych przypadków, jak też jako remedium na wspomniane "poważne zagrożenie" autor zaleca twórczy odbiór dzieł literackich.
A zatem według Bayarda zamiast czytać należy "przejść przez książkę - oto zadanie dobrego czytelnika, czyli takiego który wie, że każdy utwór niesie w sobie jakąś cząstkę jego samego i że właśnie lektura może go do tej cząstki zaprowadzić, jeśli będzie mądry, żeby się za często nie zatrzymywać". W tym celu można na przykład wychwycić jakiś pojedynczy, cząstkowy składnik dzieła znanego nam jedynie w dużym przybliżeniu (KS, KP) albo nie znanego nam wcale (KN) i na tej podstawie zacząć snuć własne rozważania. A przede wszystkim:
Nie wstydzić się.
Narzucać swoje zdanie.
Wymyślać książki.
I zawsze mówić o sobie. Jedyny rozsądny sposób mówienia o literaturze, to mówienie o sobie poprzez książki.
To co? Kto z nas będzie miał odwagę pierwszy przyznać się, że spora część albo i większość jego lektur to KS, KP i KZ ?
Bo zostawmy na boku książki wyryte do egzaminów (KW) - taki nasz, mój i Satrapa twórczy wkład do klasyfikacji Bayarda.
Kto pierwszy rzuci kamieniem (Biblia, KN, ponoć niezła...) ?
Pierre Bayard, Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?, PIW, Warszawa 2008. (wyd. francuskie 2007)
21 października 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
4 komentarze:
Ba!Nic nowego dla bibliotekarza.Wyobraźcie sobie przeciętny księgozbiór,około 15 tys.woluminów i jeden człowiek,który zna treść wszystkich?To fizycznie niemożliwe.Taki bibliotekarz pasjami zaczytuje się np.w literaturze fantazy,a tu czytelniczka koniecznie chce wiedzieć wszystko o najnowszej pozycji pani Stell(romansidło jak diabli),no i zaczynasz opowiadać jakie to świetne(jednym okiem zdążyłaś mniej więcej poznać fabułe streszczoną na okładce,lub na skrzydełku),jakie życiowe i wogóle pima sort.Po pewnym czasie dochodzi się do takiej wprawy,że klękajcie narody.Ten wojujący myśliciel niejednego móglby się od nas nauczyć:)
No, brawo:) Bayard sporo miejsca poświęca takiemu jednemu Bibliotekarzowi z powieści Musila pt. Człowiek bez właściwości (ja: KN, Bayard: KP, KS), który mówi do innego bohatera: "pytał mnie Pan, jak to się dzieje, że znam każdą książkę; otóż mogę Panu wyjawić: ponieważ żadnej nie czytam!". I stwierdza: "Tajemnicą wszystkich dobrych bibliotekarzy jest, że z powierzonej im literatury nigdy nie czytają nic poza tytułem książki i spisem rzeczy". I dodaje jeszcze, że "kto zajmie się treścią, ten już jest zgubiony jako bibliotekarz".
Słowem, jesteś na drodze do doskonałości. Tym bardziej, że jak przypuszczam, w romansidłach pani Stell nie ma uczciwego spisu treści, ale na pewno są różyczki na okładce...
Pamiętasz tego pana opartego o framugę drzwi Polskiego Klubu w Buenos Aires? W momencie ciszy mruknął scenicznie: "a Kościuszko to zdrajca i sprzedawczyk". Owszem, to była prowokacja. A odkrycie, że sposoby czytania można przypisać do grup A, B oraz AB, nie mówiąc o O, to jeszcze jedna książka, a nie prowokacja...
Czy Bayard prowokuje? Zależy, kto co uważa za prowokację.
Myślę, że nie rzecz w klasyfikacji, dość zresztą dla mnie zabawnej. Najbardziej ujęła mnie szczerość, bo to zakłamane podejście (czytałem/am, tak, oczywiście że czytałem...) spotykam wszędzie wokół. Albo jeśli ktoś już publicznie powie, że tylko przekartkował, albo nie przeczytał więcej niż stronę, to tylko po to aby wytłumaczyć swoje milczenie, odciąć się od gadania o książce. Raczej zmieni temat, pociągnie rozmowę w inne rejony.
Trzeba przestać się wstydzić. Dajmy sobie prawo do mądrej i twórczej ignorancji :)
Prześlij komentarz